Wylądowaliśmy w Krabi. Wychodzimy z samolotu i upał zmiata nas z nóg. Już wiem, żer polar, długie spodnie i górskie buty założę dopiero na lotnisku w Bangkoku tuż przedy wylotem. Jednak na chwilę obecną nasz bagaż jest jeszcze w Europie więc trzeba się trochę w tych ciuchach pomęczyć. Odbieramy nasz plecaczek z syropami z pasa transmisyjnego i wychodzimy z lotniska. Mamy zarezerwowany City Hotel w centrum Krabi, tylko nie bardzo wiemy jak się tam dostać. Po krótkim rozpozaniu kupujemy bilety po 90 batów na autobus i jedziemy do miasta. Podróż mija błyskawicznie i już maszerujemy w kierunku naszego hotelu w lejącym żar słońcu. Droga szybko zaczęła nas męczyć, więc postanowiliśmy pokrzepić się lokalnym zimnym piwkiem. Bar do którego trafiliśmy prowadziła sympatyczna Australijka, która poopowiadała man o zwyczajach w Tajlandii i nauczyła nas dwóch pardzo ważnych słów ;) dzień dobry (Saładimejkap - faceci, Saładimekaa - kobiety) oraz dziękuję (Kaponakap - faceci, Kaponkaa - kobiety). Wypiliśmy po Changu oraz zjedliśmy przepyszne curry i ruszyliśmy dalej. City Hotel powitał nas informacją, że nasz pokój był zarezerwowany ale na dobę wcześniej i że w tej chwili są już full. No to super. Brak bagażu, brak hotelu, gorąco jak w piekle, słowem doskonały początek urlopu... Na szczęście Tajowie sa niezwykle pomocni i szybko zorganizowa,i nam nowy hotel za 1000 batow za pokój 3 osobowy z klimatyzacją. City Hotel wyglądał ciekawiej ale kosztowała 1500 batów. Do hotelu podwióżł nas jakiś Taj za free, szybki prysznic i po załatwieniu promu na Koh Lante (350 thb) ruszamy na night market. Night market był oddalony od naszego hotelu o jakieś 5-7 min piszo więc błyskawicznie tam się dostaliśmy. Pojedliśmy różnych specłałów po 20 thb za specjał, kupiliśmy przewiewne koszulki i odrazu zrobiło nam się lepiej. Niedaleko night marketu zaneżliśmy fajną knajpką z muzyką na żywo gdzie spokojnie sobie planowaliśmy nasze kolejne dni. Co ciekawe grali blues'a i rock and rolla.