Wstaliśmy bardzo wcześnie rano. Mój organizm jeszcze nie przystosował się do zmany czasu (6h) ale jak wiadomo na urlopie nie ma rzeczy niemożliwych. Poszliśmy do najbliższego hmm... baru, jadłodajni... sam nie wiem jak to określić, na śniadanie. Zjedliśmy różne pierożki zrobione na parze, wypiliśmy po kawce zapłaciliśmy chyba 100 thb za trzy osoby i wróciliśmy do hotelu. Punktualnie o 10.30 przyjechał po nas kierowca, który zawiózł nas na przystan promową. Na miejscu wymieniliśmy vouchery na bilety i razem z wesołą kompanią ludzi z całego świata wsiedlismy na prom. Podróż minęła bardzo miło pomimo padającego co chwila deszczu. Przy poszczególnych wyspach podpływały long-tail boaty zabierając pasażerów. Było to bardzo sprawnie zorganizowane i praktycznie w ciągu paru minut łodzie odcumowywały od promu, co zrobiło na mnie duże wrażenie.
Po niecałych 2h prom przybił na Koh Labntę. Kierowca z naszego resortu już czekał. Załadowialiśmy się na pakę i po 20 minutach byliśmy w hotelu. Wybraliśmy Lanta Emerald Bungalows, koszt 1800 thb za 3 (właściwie 4) osobowy bungalow z balkonem i klimatyzacją ze śniadaniem dla dwóch osób za dobę. Przy rejestracji okazało się, że nasze bagaże już na nas czekają, więc trochę odetchnęliśmy z ulgą. Rzuciliśmy plecaki do pokoju i poszliśmy odpocząć w basenie. Ponieważ musieliśmy wymienić dolary na lokalną twardą walutę, umówiliśmy się z kierowcą hotelowym że nas podwiezie do miasta Saladan do banku. Zrobiliśmy poważny błąd nie negocjując ceny, co później kosztowało nas 500 thb. Na szczęście szybko wyciągnęliśmy wnioski i już więcej podobnych błędów nie popełnialiśmy. Po powrocie posiedzieliśmy na balkonie rozkoszując się przywiezionymi syropami oraz temperaturą powietrza.Na następny dzień wypożyczyliśmy skuterki (250 thb za dobę). Można byłoby to zrobić taniej, ale byliśmy trochę zmęczeni i ogarnęliśmy to w naszym resorcie.