Wstaliśmy wcześnie rano i od razu przywitało nas przepiękne Tajlandzkie słońce. Dzień wcześniej troszeczkę zasiedzieliśmy się na tarasie więc dzień musięliśmy rozpocząć od solidengo śniadania oraz mocnej kawy. Zamówione poprzedniego dnia skuterki już na nas czekały. Wcześniej poruszałem się czymś takim parę lat temu na Krecie, ale po minucie prób okazało się to banalnie proste. Zarzuciliśmy kaski na głowy, i ruszyliśmy w trasę. Słoneczko pięknie przypiekało, wiatr chłodził czyli wypas na całego. Musiałem być tylko czujny aby być po prawidłowej stronie jezdni bo parę razy udało mi się nieświadomie jechac pod prąd. Naszym celem był Mu Koh Lanta Marine National Park, a następnie Old Town. Ponieważ dokładne mapy Koh Lanty nie istnieją, a trasa wydawała się być banalnie prosta nie przejmowaliśmy się specjalnie jak się do tych miejsc dostać. Jednak po 20 minutach jazdy okazało się, że morze jest z drugiej strony niż powinno być, co wzmocniło naszą czujność i spowodowało, że podjęliśmy próbę ustalenia naszej pozycji w najbliższym sklepiku. Jednak nasza nieznajomośc lokalnej mowy uniemożliwiła nam uzyskanie jakiejkolwiek informacji. Cóż, dotankowlaiśmy nasze pojazdy (paliwo kupije się przy drodze w litrowych butelkach, koszt ok 40 thb za litr) i ruszyliśmy dalej. Po parunastu minutach dojechaliśmy na północ wyspy zamiast na południe i fakt ten niezwykle nas zdziwił ale nie bardzo zmartwił, bo w końcu wiedzieliśmy dokładnie gdzie jesteśmy. Niestety mój motorek odmówił posłuszeństwa i po prostu zamilkł. Bardzo pomocni lokalni Muzułmanie popatrzyli oczami znawców na milczący pojzad a następnie próbowali odkręcić pokrywę silnika kluczem do stacyjki, co oczywiśnie im się nie udało. Na szczęście kilkukrotne walnięcie pięścią w stacyjkę okazało się skutecznym sposobem na dolegliwości mojego motorka i mogliśmy podróżować dalej. Niedaleko nas było Old Town więc ruszyliśmy w tym kierunku.
Miasteczko było urocze i bardzo leniwe. Zjedliśmy tam mały posiłek i dosmarowaliśmy się kremem z wysokim filtrem. Słońce grzało niemiłosiernie a jadąc na skuterze nie odczuwało się że skóra dosłownie się pali. Skutek był taki, że poparzyłem sobie przedramiona.
Wzmocieni przepusznym jedzonkiem i sokiem ze świerzych owoców ruszyliśmy z kopyta do wspomnianego parku. Po drodze zatrzymaliśmy się na chwilę w malutkiej restauracji z przepięknym widokiem aby nacieszyć nasze oczy i uzupełnić płyny w naszych organizmach. Nareszcie wiedziałem co i jak na lokalnych drogach i mogliśmy podkręcić tempo. Niestety ostatnie 6 km przed parkiem asfalt zamienił się w glinę i kamulce co znacznie spowolniło nasze poruszanie się. Moja żona kilkuktornie musiała zejść ze skuterka na podjazdach. Na jednym z nich okazało się że małpy nie chcą jej widzieć w tej okolicy i obrzuciły ją patykami :) Kumpel, który z nami podróżował był prawdziwym wojownikiem na skuterze. Pędził na złamanie karku z zaciśniętymi zębami i dzięki temu trzykrotnie zaliczył glebę ścierając sobie skórę z kolana i dużego palca u nogi. Na szczęście rany nie były głębokie, ale nabrał znacznie większego respektu do swojego rumaka. Niestety do parku nie dojechaliśmy bo zrobiło się późno a nie chcieliśmy tą drogą wracać po ciemku więc zawróciliśmy. Ok 19 dojechaliśmy do naszych bungalowów, oddaliśmy skuterki (nawet ich przy zwrocie nie oglądali), zjedliśmy kolację (ostra tajska sałatka z owocami morza jest naprawdę ostra) i udaliśmy się na piwko do hotelowego barku. Na następny dzień mięliśmy zarezerwowaną wycieczkę na cztery wyspy połączoną ze snurkowaniem i posiłkiem. Pierwotna cena za osobę wynosiła 1500 thb (speedboatem) ale dotargowaliśmy się na kwotę 1100 thb. W Tajlandii o wszystko należy się targować.