O siódmej rano obudził nas budzik i lejący deszcz. Szybko się ogarnęliśmy i poszliśmy na śniadanie. Nasz uroczy zawiadowca hotelowy ze smutną miną oświadczył, że wycieczka na cztery wyspy jest odwołana z powodu wysokiej fali. Zjedliśmy śniadanie i wróciliśmy w strugach deszczu do naszego bongalowu. Wicher strącał co chwila kokosy z palm, które z chukiem spadały na ziemię. Ponieważ nie misliśmy nic ciekawego do roboty, spróbowałem obrać jednego kokosa. Po dwóch godzinach ciężkiej pracy wyrwałem to co kokos ukrywa w swoim wnętrzu. Niestety nasz mały scyzoryk nie nadawał się do rozłupania kokosa więc poszliśmy do recepcji z prośbą o jego otwarcie. Okazało się, że owoc ten nie nadaje się na konsumpcję co nas szczerze zasmuciło. Jednak doceniono naszą determinację w jego obraniu i przyniesiono nam trzy świerze kokosy zupełnie za darmo. Nie chcąc tracić pozostałej części dnia w hotelu wybraliśmy się z naszym hotelowym kierowcą do lasu namurzynowego, który zauważyliśmy na wczorajszej wicieczce na skuterach. Uzgodniliśmy cenę tej wycieczki (500 thb za zawiezienie nas do lasu, następnie do miasta Saladan gdzie zostaliśmy na kolację i powrót do hotelu) i w strugach deszczu ruszyliśmy w drogę. Las namurzynowy zrobił na nas duże wrażanie. Pływaliśmy long-tail boatem przez ok półtorej godziny po niezliczonych kanałach. Odwiedziły nas również małpy, które z ochotą wskakiwały na naszą łódkę aby dostać kawałek banana. Sceneria była mroczna i pociągająca. Gęsty las, soczysta zieleń i padający deszcz doskonale się komponowały. Dobrze wspominam tę wyprawę (koszt 300 thb za osobę - dość drogo, ale co mieliśmy innego do roboty). Następnie udaliśmy się do Saladan aby zjeść homara, a raczej langustę. Wybraliśmy dwa przyzwoite okazy po ok 700 gramow każdy i z niecierpliwością czekaliśmy aż zostana przyrządzone. Po ok 20 minutach mieliśmy już je na stole. Wyglądały okazale i smakowicie. Dość szybko się z nimi uporaliśmy i poszliśmy do innego barku na piwo. Szczerze mówiąc wolę krewetki, tym bardziej że langusty są dość drogie. Wieczorem przyjechał po nas kierowca i zawiózł nas go hotelu. Okazało się że nasz hotelowy bar graniczy z innym hotelowym barem o wszystko mówiącej nazwie Freedom Bar ;) Zamówilismy tam wiaderko lokalnej łyski (użycie słowa whisky byłoby obrazą dla szlachetnych destylatów ze Szkocji) z coca colą i red bullem (250 thb) i powolutku sączyliśmy przez słomki, zastanawiając się co robić dalej jeżeli pogoda nie ulegnie zmianie. Pierwotnie planowaliśmy pojechać na dwa dni do Khao Sok - pierwszego parku narodowego w Tajlandii a następnie na 4 dni do Koh Phangan i spowrotem do Bangkoku. Niestety wszystkie wyspy na południu Tajlandii były odcięte od świata z powodu panującego sztormu i ulewnego deszczu więc musieliśmy przeorganizować nasze plany.